Trójwymiarowe techno na dnie cybernetycznego świata
Technologiczny sukces od czasów "Avatara" – tak reklamujący się od jakiegoś czasu „Tron: Dziedzictwo" Kosinskiego próbował podbić kinowy rynek. Chcąc nie chcąc uległem w końcu tej marketingowej papce, bardziej chyba dla świętego spokoju niż z zainteresowania. Niestety, okazuje się, że świat po roku od premiery filmu Camerona niewiele się zmienił, pod względem fabularnym i technicznym. Przynajmniej praktycznie.
Sam, syn i spadkobierca korporacyjnego dziedzictwa Kevina Flynna (Jeff Bridges) , w tajemniczych okolicznościach traci ojca. Po latach trafia na jego ślad, przez co przedostaje się do cyfrowego świata gier komputerowych. W tym świecie rozegra śmiertelną walkę, której stawką będzie życie ojca, niewypowiedziana miłość i ocalenie ludzkości.

85% filmu rozgrywa się w komputerowej cyberprzestrzeni, będącej sfinalizowaniem marzeń i dążeń Kevina (albo współczesnego świata) o połączeniu prawdziwego świata ze sztucznym. Krystalicznie idealna rzeczywistość mocno odcina się od realności, mimo nieukrywanych do niej nawiązań. Wszystkie kształty i świetlne formy dobrze oddają wyobrażenie o komputerowym świecie. Niestety, debiutujący reżyser uznanych w USA reklamówek nie bardzo się wysilił nad fabułą, mając do dyspozycji całkiem oryginalną scenerię. Osią akcji filmu jest nieustanna walka. Najpierw pomiędzy ludzkim a cyfrowymi gladiatorami rządnego zniszczeń cyberświata. Później pomiędzy buntowniczą sztuczną inteligencją a jej stwórcą i panem. Stawka jest niezwykle ważna (patetyczna, jak zwykle), bo uratowanie ludzkości przed zagładą bezwzględnych programów. Lecz wszystko jest tylko pretekstem do pokazania efektownych scenek. Chyba tak już musi być, że w parze z kasowym i technologicznym sukcesem idzie naiwność. Nie pierwszy w końcu film dotyczy uratowania świata przez wybitne jednostki.
Nie sposób mówić o "Tronie" nie porównując go do wielkiego poprzednika "Avatara". Debiutant sam podjął walkę ze specem od komercyjnych sukcesów Cameronem. Walkę jednak przegrał. Owszem, efekty 3D nie ustępują tym, z "Avatara", lecz wcale w jakiś znaczący sposób ich nie przewyższają. Komputerowa rzeczywistość przynosi pewne nowości, ale nie umywa się do patetyczno-idealnego świata ludu Na’vi; a odmłodzona postać Bridgesa z „Trona” z 1982 roku nie zaspokaja oczekiwań. Nie zobaczymy nawet superwidowiskowych scen zapychających luki fabularne, nieodzowny element tego typu produkcji. Już bardziej charakterystyczna jest transowa ścieżka dźwiękowa (grupy Daft Punk), która wyraźnie przesyciła sobą film popychając go do psychodeli.
Pojawia się również nieodzowny wątek miłosny, czysty, wręcz platoniczny, nie splamiony (o dziwo) zapewne oczekiwaną seks sceną. Jest to tak mało znaczący epizod, jak mało miejsca mu poświęciłem.
Cameron robiąc "Avatara" miał tę przewagę, że był pierwszy w swoim osiągnięciu. "Tron" jest już następnym z kolei "przełomowym dziełem" i to w bardzo krótkim czasie, więc jego innowacyjność nawet nie ekscytuje. Zwłaszcza biorąc pod uwagę prawdziwy wysyp trójwymiarowych produkcji. Film trwa dwie godziny, lecz się nie dłuży. Płynnie przechodzi przez swoją ubogą fabułę i akcję. Nawet Jeff Bridges nie pomaga. Jego rola wygląda jak przeciętna podróbka Dude’a z "Big Lebowskiego" braci Coen w przebraniu Obi-Wana Kenobi i domieszką Yody. Jednak przede wszystkim nie zaskakują efekty specjalne i, już trochę przereklamowany, trzeci wymiar.
Czyli wszystko czego się można było spodziewać.
exellos
na ogół piszę bardziej flegmatycznie i 'słowotocznie'. tu (jak i przy innych moich recenzjach) po prostu przekleiłem mój tekst z pewnego portalu o charakterze onetu
MuadiM
^ dobra notka
exellos
czuję się w końcu doceniony :P
michuk
Przeczytałem i nie zauważyłem spoilera. Chyba można ten znacznik usunąć.
MuadiM
Może lepiej zostawić ? ,,...rozegra śmiertelną walkę, stawką będzie życie ojca, niewypowiedziana miłość i ocalenie ludzkości"; ,,Stawka jest niezwykle ważna, bo uratowanie ludzkości przed zagładą bezwzględnych programów"; ,,Nie pierwszy w końcu film dotyczy uratowania świata przez wybitne jednostki". Mi nigdy takie rzeczy nie przeszkadzają, ale może dla kogoś to będzie zdradzanie; spoiler ? Nie wiem. Michuk-u ?
marsjaninzmarsa
To nie spojler, a fabuła. Już więcej się ze zwiastunów i plakatów dowiemy. :P
MuadiM
nom, zwiastuny sporo pokazują
exellos
jeszcze ujawnienie że nie będzie sex-sceny.
mi też coś takiego nie przeszkadza, ale wydawało mi się że jak nie oznaczę to z kolei ktoś powie że spoilery są.
MuadiM
Tak to już bywa i to często w naszej Polsce. D A przecież jakoś o filmie trzeba napisać trochę, no nie ?
exellos
ponieważ komentują to osoby, którym to nie przeszkadza, postanowiłem pozbyć się tego oznaczenia.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook